Loading...

Ratunkiem dla ludzkości jest dekarbonizacja i restytucja dzikiej przyrody

Ratunkiem dla ludzkości jest dekarbonizacja i restytucja dzikiej przyrody

Ratunkiem dla ludzkości jest dekarbonizacja i restytucja dzikiej przyrody
Rozmowa z Jackiem Lekkim z fundacji FOTA4climate

Jacek Lekki, inicjatywa społeczna FOTA4Climate, jeden z pomysłodawców ogólnopolskiej kampanii „Moratorium dla drzew”

Niektóre osoby – w tym również te piastujące eksponowane stanowiska publiczne – wciąż uważają, że zmiana klimatu i globalne ocieplenie to fikcja. Inni twierdzą, że zmiany klimatu owszem, istnieją, ale nie są spowodowane działalnością człowieka. Chciałbym zapytać Pana, jako osobę na co dzień zajmującą się zagadnieniami z zakresu ekologii, jakie zdanie ma na ten temat nauka?

Są też tacy, którzy uważają, że to spisek naukowców, ekologów i tajemniczych zakulisowych polityków. Tak, wymienione przez Pana opinie to coraz rzadsze w dzisiejszym świecie przejawy denializmu klimatycznego, choć rzeczywiście tu i ówdzie da się jeszcze je usłyszeć. Co do pierwszego stwierdzenia, nie warto tego komentować, bowiem przeczy ono pomiarom i naszej elementarnej wiedzy na poziomie fizyki w szkole średniej – planeta się ociepla. Co do drugiego, nauka nie pozostawia wątpliwości co do antropogenicznego charakteru zmian klimatycznych. Korelacje między wzrostem stężenia CO2 a wzrostem średniej temperatury zostały już wielokrotnie opisane i zanalizowane. Tempo, w jakim ociepla się Ziemia, nie ma precedensu w jej dziejach – ocieplenia i ochłodzenia o różnej amplitudzie miały tu miejsce z zupełnie niezależnych od żyjących organizmów powodów, ale zajmowało to zwykle tysiące, jeśli nie miliony lat, tymczasem my obserwujemy podobny wzrost na przestrzeni zaledwie 200 lat. Konsensus co do tej kwestii pokazuje badanie Petera Dolana z 2009 roku – autor zapytał 3146 naukowców z całego świata, czy ocieplenie klimatu jest związane z działalnością człowieka: 82% udzieliło odpowiedzi twierdzącej, przy czym wśród klimatologów odsetek odpowiedzi twierdzących wyniósł ponad 97%.

A było to dwanaście lat temu. Publikowane dziś raporty IPCC traktują antropogeniczny charakter zmian jako coś zupełnie oczywistego.

Natomiast pytanie, dlaczego niektóre osoby piastujące ważne w życiu publicznym funkcje nadal nie są w stanie, mimo istnienia tego konsensusu, przyjąć do wiadomości faktów, wydaje się bardzo interesujące.

Czy w Pana środowisku odbywa się teraz debata na temat klimatu? Czy jest to problem szeroko dyskutowany? Czy naukowcy, społecznicy i aktywiści angażują się w wywieranie presji na rządzących, aby ci prowadzili swoją politykę, mając na uwadze sprawy związane ze środowiskiem?

Tak, to oczywiste, że taka debata się toczy. Jest to jednak nie tyle debata o klimacie jako takim, ile rozmowa, często przybierająca formę sporu, na temat tego, jakie działania powinniśmy podejmować, by zapobiec katastrofie klimatycznej lub adaptować się do jej skutków. Samo to zresztą jest już przedmiotem kontrowersji – czy w ogóle możemy jeszcze czemukolwiek zapobiegać. Jeśli jednak przyjmiemy – za wieloma naukowcami podtrzymującymi opinię, że możemy jeszcze zatrzymać ten proces – iż warto zrobić wszystko, co w naszej mocy, by nie dopuścić do załamania się systemu klimatycznego, pojawia się wiele pytań i wiele różnych odpowiedzi. O ile większość aktywistów i naukowców w zasadzie nie ma wątpliwości co do konieczności konsekwentnej restytucji dzikiej przyrody oraz dekarbonizacji gospodarek i usług publicznych, to w kwestii dróg do osiągnięcia tych celów pojawiają się istotne różnice. Doskonałym przykładem może tu być kwestia transformacji energetycznej, która sprowadza się do jednego pytania: skoro wiadomo, że energetyka 100% OZE (odnawialne źródła energii) jest na tę chwilę nierealna, to co powinno stanowić podstawę miksu energetycznego? W jednej z koncepcji, w oczekiwaniu na przyszłe technologie magazynowania energii, niezbędne przecież do utrzymania stałości dostaw prądu, proponuje się przejściowe spalanie gazu, który zmniejszy emisje mniej więcej o 30% w porównaniu do węgla. W drugiej rolę podstawy przejmuje energetyka jądrowa, która jest praktycznie zeroemisyjna. FOTA4Climate zdecydowanie opowiada się za energią jądrową jako niskoemisyjnym, dyspozycyjnym źródłem energii w podstawie miksu, wspierającym OZE. Póki co jednak Europa próbuje sobie poradzić z tym problemem w sposób kuriozalny – uznając biomasę za OZE spala w swoich elektrowniach drzewa wycinane zarówno na naszym kontynencie, jak i w Ameryce Północnej. Według Eurostatu ok. 60 procent energii z OZE to energia pochodząca ze spalania biomasy, natomiast ponad 75% procent tej biomasy to drzewa wycinane masowo tam, gdzie jeszcze jest co wycinać. Niestety także w naszym kraju.

Druga najistotniejsza kwestia w dyskusji, to pewna różnica podejść w odniesieniu do kontekstu społecznego. Z jednej strony pojawiają się głosy, że zmiany społeczno-gospodarcze są wstępnym warunkiem skuteczności tzw. akcji klimatycznej. Oznacza to ni mniej ni więcej stwierdzenie, że bez gruntownych przemian w ekonomii i sposobie organizacji i życia społeczeństw, niewiele da się już zrobić – tu mieszczą się wszystkie narracje o małych lokalnych społecznościach żyjących w zgodzie i samoograniczeniu, zmniejszających konsumpcję i stosujących zasadę zero-waste. Na drugim biegunie z kolei plasuje się przekonanie, iż przeciwdziałanie skutkom katastrofy musi odbyć się natychmiast, w ramach istniejącego systemu i z użyciem wszystkich dostępnych środków, zaś zmiany społeczne, absolutnie przecież niezbędne w warunkach kurczenia się zasobów, to kwestia żmudnej pracy co najmniej kilku pokoleń. Osobiście skłaniam się ku drugiej wersji, według mnie bardziej realistycznej.

Co do presji na rządzących, wydaje mi się, że jest całkiem nieźle. Coraz częściej poważne gremia naukowe, instytuty, pojedynczy naukowcy wychodzą z roli komentatora-interpretatora i wprost komunikują politykom, że sytuacja jest już bardzo poważna, proponując jednocześnie konkretne rozwiązania merytoryczne. To bardzo istotne. Niestety odzew z drugiej strony jest wciąż za słaby. Przy okazji konferencji COP25 w Madrycie mogliśmy się przyjrzeć, jak na najwyższych szczeblach władzy na świecie sugestie ludzi nauki są kompletnie ignorowane w imię doraźnych interesów, a działania polityków przechylają się czasem w stronę greenwashingu. Dlatego tak istotne jest połączenie wysiłków świata nauki z działalnością organizacji pozarządowych starających się wywierać nieustający nacisk na rządzących. W Polsce mogą one pochwalić się wieloma sukcesami, w ostatnich latach choćby w związku z obroną Puszczy Białowieskiej czy Karpackiej i wielu innych sprawach. Na ogólnym planie jest jednak fatalnie – polskie prawo w zasadzie nie uwzględnia jeszcze zmian klimatycznych jako istotnego punktu odniesienia, a różne deklaracje ze strony polityków z różnych stron sceny politycznej wciąż brzmią jak słowa bez pokrycia. A właśnie o to chodzi, by od teraz traktować tę kwestię jako najważniejszy kontekst przy wprowadzaniu wszelkich regulacji, w tym prawnych. Jeśli tego nie zrobimy teraz, kryzys klimatyczny zrobi to za nas.

 

W ostatniej dekadzie na świecie co rusz dochodziło do zdarzeń, które zwykliśmy nazywać anomaliami pogodowymi czy klimatycznymi. Raz susza spowodowała pożary trawiące całą Australię. Raz śnieg pierwszy raz od niepamiętnych czasów sparaliżował Hiszpanię. W Polsce też widzimy, że pory roku nieco się przestawiły. Wygląda to wszystko inaczej niż na przykład w latach 90. Czy to normalna sytuacja? A może to sygnały ostrzegawcze wysyłane przez naszą planetę?

Bardzo chciałbym wierzyć, jak pewnie większość z nas, że to tylko „sygnały ostrzegawcze”. Wszystko, na przykład niespotykana dotąd ilość huraganów na Atlantyku w ciągu jednego roku, wskazuje jednak na inną naturę tych zjawisk – są to raczej początkowe symptomy już uruchomionej zmiany, która nabiera rozpędu. Wygląda na to, że zbliżamy się do progu rozregulowania systemu, o czym głośno mówią naukowcy, niektórzy szacując nawet nasz czas na podjęcie skutecznych działań ledwie na dekadę, góra dwie – trudno tu pewnie o bardzo precyzyjne wyliczenia, ale czasu rzeczywiście jest niewiele. Po przekroczeniu pewnych punktów zwrotnych klimat poszuka sobie nowego stanu równowagi, a my będziemy mogli to już tylko bezradnie obserwować oraz – to lubimy najbardziej – mierzyć. I należy się raczej spodziewać, że nie będzie to stan, w którym biosfera taka, jaką ją znamy, nadal będzie dla nas bezpiecznym i pewnym środowiskiem, nie mówiąc już o kurczeniu się tzw. nisz klimatycznych, czyli obszarów, w których ludzie mogą wieść życie jak dotąd – korzystając ze sprzyjającego im środowiska naturalnego. W opublikowanej w zeszłym roku pracy „Przyszłość nisz klimatycznych” zespół naukowców z całego świata analizuje geograficzny rozkład populacji światowej i konstatuje, biorąc pod uwagę jedynie parametr średniej temperatury, że ludzie od zawsze osiedlają się i budują cywilizacje w tzw. niszach klimatycznych, czyli obszarach, gdzie średnia temperatura waha się w granicach 6-28C, co oznacza, że są to widełki najkorzystniejsze dla ludzkiego życia, upraw, produkcji żywności, etc. Zestawiając to z raportami IPCC przedstawiają konkluzje, że jeśli nie zaczniemy hamować globalnego ocieplenia już w 2070 3,5 miliarda ludzi będzie musiało uciekać z miejsca zamieszkania przed niesprzyjającymi warunkami i konfliktami, jakie wywoła presja klimatyczna. Jeśli miałoby się tak stać, to będzie katastrofa humanitarna na niespotykaną dotąd skalę.

Co musimy zrobić, żeby powstrzymać zmiany klimatu? Czy jest jakieś uniwersalne rozwiązanie – jakieś wytyczne, z których moglibyśmy stworzyć ekologiczną „to do list”?

Tak, istnieje taka „to do list” i jak mantrę powtarzają ją ludzie na całym świecie angażujący się w kwestie klimatyczne. Jest krótka, składa się z dwóch punktów. Po pierwsze – dekarbonizacja, czyli wyzerowanie emisji CO2 powodowanych przez człowieka. Po drugie – pozostawienie w spokoju ekosystemów, czyli restytucja dzikiej przyrody na największym możliwym obszarze nie tylko w sensie geograficznym, ale w sensie różnych przestrzeni naszego życia.

Jeśli uda się spełnić te dwa warunki czekają nas kolejne wyzwania, zarówno technologiczne, jak i społeczne: jak pochłaniać nadmiar CO2 z atmosfery? Jak ma wyglądać ludzkie życie w nowych warunkach, jaki ma mieć sens i cele? Jak układać stosunki społeczno-gospodarcze w sytuacji, gdy dotychczasowa ekspansja, z uwagi na brak zasobów, nie będzie już możliwa? Nietrudno dostrzec, że to zadanie, jakiego ludzkość jeszcze nie przerabiała. Mobilizacje wojenne czy pandemiczne to przy skali tego wyzwania przysłowiowa bułka z masłem.

To wymaga odważnych, naprawdę odważnych decyzji na najwyższych szczeblach władzy na poziomie międzynarodowym.

To działania, które powinniśmy podjęć jako ludzkość, naród, a co w takim razie powinien zrobić pojedynczy, szary obywatel?

Idąc śladem poprzedniego pytania, należałoby stwierdzić, że tym, co najważniejsze ma dziś do zrobienia „szary obywatel” to wymóc na politykach, również samorządowych, zmianę podejścia. To oznacza zainteresowanie się tematem, chwilowe odejście od spraw powszechnie dotąd uważanych za zasadnicze (podatki, wygoda, interesy partykularne) i szersze spojrzenie, kierowanie się w wyborach politycznych klimatyczną busolą. To brzmi jak utopia, ale bez tej utopii trudno będzie cokolwiek zmienić.

Na poziomie codziennego życia w swoim najbliższym otoczeniu oznacza to kilka konkretnych spraw i można spróbować je zawrzeć w pytaniach. Czy kolejna betonowa inwestycja w moim mieście/miasteczku/wsi ma sens, czy mam się za nią opowiedzieć? Czy naprawdę potrzebuję nowego parku w miejsce tego, który już jest, skoro oznacza to wycięcie 100 drzew? Czy nie lepiej opowiedzieć się za dofinansowaniem sprawnego systemu komunikacji zbiorowej, by nie musieć wszędzie jeździć samochodem? Wybrać parking, czy park?

Tajemnicą Poliszynela jest, że nie jesteśmy liderami w sprawach związanych z ekologią. Jaka jest faktyczna sytuacja naszego kraju w tej materii? Co grozi nam, za powiedzmy 50 lub 100 lat, jeśli nie zmienimy aktualnie obranego kursu?

Nie chodzi o to, by być liderem. Wszędzie na świecie społeczeństwa borykają się z tym samym globalnym problemem i chyba nie ma miejsc czy nacji, które można by traktować jako wzór do naśladowania. Tu nie trudno o łatwe uwiedzenia. Weźmy chociażby naszych zachodnich sąsiadów, Niemców. Segregują śmieci, dbają o przyrodę, stosują wyśrubowane normy, na przykład w transporcie i motoryzacji, no i mają swoją Energiewende, czyli słynną transformację energetyczną w kierunku energii z wiatru i słońca, w którą zainwestowali dziesiątki miliardów euro. Ale jak się bliżej przyjrzeć, dostrzeżemy, że już za chwilę będą największym konsumentem i dystrybutorem gazu w Europie dzięki drugiej nitce Nordstream, jednocześnie zamykając całkowicie sprawne elektrownie jądrowe od dziesięcioleci dające czystą ekologicznie energię. To jest lider ekologii?

Wszędzie zatem jest jakiś lokalny koloryt, w Niemczech, Kalifornii czy Brazylii występują specyficzne problemy. W Polsce wiąże się on z głębokim podziałem społeczeństwa na wielu płaszczyznach i kwestia stosunku do otoczenia jest jedną z nich. Warto pamiętać, że tzw. modernizacja naszego kraju to zaledwie 30 lat, a początek lat 90. uwolnił gigantyczną energię do działania, w tym fizycznego przekształcania otoczenia. Społeczeństwo, któremu cały czas czegoś zabraniano, ruszyło do zmieniania swojego świata. Pomijając oczywiste antropologiczne i psychologiczne uwarunkowania homo sapiens, który jest gatunkiem do bólu ekspansywnym i aktywnym, musimy pamiętać także o tym historycznym kontekście.

W tym kontekście właśnie każdy, kto przychodzi i mówi, by to działanie ograniczyć w imię dobra wspólnego, staje się automatycznie wrogiem indywidualnego lub plemiennego rozwoju. Stąd utrwalony podział na infantylnych ekologów-lewaków, co nie znają życia i „normalnych”, dorosłych ludzi, którzy działają i budują swój świat. Jest to chyba najpoważniejszy problem w Polsce: przy okazji walki tych dwóch frakcji wylewa się dziecko z kąpielą. Na szczęście od pewnego czasu widać już wyraźne oznaki budowania proklimatycznego nastawienia na szeroko rozumianej prawicy, a lewa strona idzie ku pragmatyzmowi. Przełamanie tej bariery zdaje się być najważniejszym zadaniem w kwestiach ekologii w Polsce. A tak na marginesie ostatnich zdań – czy można wymagać od ludzi, których przemiany gospodarcze w III RP pozbawiły lokalnej komunikacji kolejowej i autobusowej, żeby nie kupowali samochodów i siedzieli w domu? To pokazuje, jak bardzo potrzebujemy wielkoskalowych, systemowym rozwiązań.

A co do stanu i prognoz dla Polski na 50 lat w kwestii klimatu. Cóż, dość dokładnie je już zidentyfikowano: kurczenie się zasobów wodnych, susze, stepowienie i pustynnienie, szczególnie Polski centralnej, gwałtowne zjawiska pogodowe, nawalne deszcze powodujące powodzie i podtopienia, zanik różnorodności biologicznej, wycofywanie się wielu gatunków roślin i zwierząt. Nie brzmi dobrze, ale wciąż jeszcze możemy się temu przeciwstawić.

 

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments